O tym, jak stałem się przedsiębiorcą.

Krążą plotki, że da się założyć firmę w jeden dzień. Naiwnie w to uwierzyłem.

2 sierpnia 2017
Wstałem o 4:30, sięgnąłem po łom i po kwadransie walki udało mi się odkleić powieki. Spakowałem pół domu w plecak, bo przecież wycieczka na dwa dni to nie byle co. Zjadłem wiadro płatków z mlekiem, o 6:10 byłem na dworcu, wciągnąłem jeszcze McWrapa nosem, wsiadłem do pociągu i przeszedłem w standby oparty o okno.

Obudziłem się 2h póżniej leżąc na dwóch fotelach na raz, z tyłkiem w powietrzu, ręką wywiniętą na lewą stronę, nogami zaplecionymi w warkocz, ustami otwartymi na popielniczkę i szronem na brwiach od klimy. Przyszła jakaś miła starsza pani wyglądajaca na dwieście lat, ciągnąca za sobą walizkę wielkości drugiego wagonu i przełączyła się w tryb radaru wyszukując miejsca.

Wziąłem jej bilet, który był do góry nogami i powiedziałem, że powinna szukać miejsca 69, a nie 69. Zaproponowałem, że wrzucę jej walizkę na półkę, bo blokuje przejście i sąsiednie perony. Była zdezorientowana, co okazała pytaniem „ajakjająsamazdejme”, ale zapewnilem, że jadę do końca trasy i zdejmę ją tak samo jak wrzucę, tylko odwrotnie. Podziękowała i usiadła naprzeciw mnie.

Chciałem znów wylogować się z rzeczywistości z zamiarem nieświadomego zaślinienia firanki, w którą zapewne bym się zaraz zaplątał, ale uznała, że za taką pomoc należy mi się kawa. Próbowałem odmówić, ale przyłożyła mi nóż do gardła i powiedziała, że to propozycja nie do odrzucenia. Jako, że lubię moją tętnicę w wersji jednoczęściowej, zgodziłem się, na co ona zawołała faceta, z wózkiem z warsu. Był to niezły wyczyn, zważając na to, że stał 7 wagonów dalej, ale pewnie co niedzielę trenuje przepony podczas „ave maria”.

Przytuptał, zrobił dwie duże kawy z mlekiem, a ja natychmiast przyssałem się do swojego kubka, kontemplując las za oknem i rozmyślając o sensie wszechświata.

Sensem wszechświata, okazała się stacja Gdańsk Wrzeszcz, na której wysiadłem, aby następnie udać się na Molo Brzeźno. A raczej koło molo. Jest tam bowiem rzecz bardzo praktyczna, a dokładniej samoobsługowa przechowalnia. Takie szafki, gdzie można wrzucić swoje rzeczy, w zamek od środka wsunąć dwuzłotówkę (lub coś w kształcie dwuzłotówki, np bardzo dziwny bursztyn), a następnie zabrać kluczyk i oddać się radosnemu sierpniowemu plażowaniu przy 5 stopniach Celsjusza. Dodatkową zaletą tych zamków jest fakt, że dokładnie taka sama dwuzłotówka jest potrzebna w toalecie po drugiej stronie ściany, więc nie ma ryzyka, że schodząc z plaży zabraknie dwuzłotówki. No chyba, że jednak wepchnęliśmy w zamek bursztyn. Albo gumę do żucia.

Przebrałem się zatem w strój płetwonurka, bo woda po kostki to nie to tamto i udałem się na brzeg plaży, żeby dokarmiać fiordy. Fiordów nie było, ale i tak było zajebiście. Przynajmniej dopóki ludzie z Greenpeace nie dostrzegli mnie na brzegu i nie zaczęli wciągać na łódź mówiąc coś o wypuszczeniu do oceanu.

W tym miejscu opowieści, osoba nie znająca mnie uzna, że to historia moich wakacji. Ale jeśli ktoś zna mój pracoholizm, to zacznie doszukiwać się haczyka. Otóż pojechałem tam, aby spotkać się z Dorotą, Andrzejem i Piotrem, którzy postanowili zainwestować w druk 3D. Nie chodzi tu o jedną Prusę, czy nawet Zortraxa. Chcieli cały klaster.

No to grubo. Trzeba założyć firmę.

7 sierpnia 2017

Wstałem wcześnie rano, ok 13.00 i wyszedłem z domu, z przeświadczeniem, że to będzie piękny dzień. Plan był prosty: iść do Akademickiego Inkubatora Przedsiębiorczości w celu podpisania umowy najmu biura, a potem iść do urzędu miasta, żeby zarejestrować działalność. Teoretycznie nie da się tego spierdolić.

I wtedy wchodzę ja. Cały na biało.

Okazało się, że żeby podpisać umowę najmu biura, muszę najpierw podpisać umowę współpracy mojej firmy z inkubatorem. I obie te umowy musi podpisać dyrektor inkubatora. Bardzo miła pani. Tylko na urlopie do 16 sierpnia.

16 sierpnia 2017

Zaczęło się wczoraj wieczorem, ok 21. Zrobiłem sobie herbatę i postanowiłem napisać biznesplan. Niestety, niedoszacowałem moje możliwości i zamiast jednej strony w pół godziny, napisałem 8 stron w 3 godziny. A potem zamiast iść spać, przekopywałem jeszcze internet, żeby zweryfikować, czy nie napisałem bzdur. Na szczęście napisałem.

Wstałem dzisiaj o 6:30. A potem jeszcze raz, o 8:00, krzycząc „kurwaaa” i jedną ręką robiąc jajecznicę, drugą drukując dokumenty, trzecią pakując spodnie, a czwartą ubierając laptopa, jakoś ogarnąłem się w 10 minut do wyjścia. Pobiegłem na autobus wiążąc buty zębami po drodze, jednak autobus wybrał wolność i odjechał na moich oczu ku zachodzącemu słońcu.

Było to o tyle dziwne, że był kwadrans po ósmej rano. Jako, że mieszkam na osiedlu, gdzie dupy psami szczekają, wieczorem można zobaczyć dziwne grupy ludzi z widłami i pochodniami, a czasem, przy ładnej pogodzie dokarmia się tu fiordy w lesie, to autobus jeździ raz do roku. Musiałem zatem przejąć ster w swoje ręce. Dosłownie.

Wróciłem więc do mieszkania, zgarnąłem kluczyki od wieloryba i pobiegłem w jego stronę, planując wskoczyć przez otwarty dach, niczym w amerykańskich filmach z gliniarzami. Problemem okazał się fakt, że nie był to film, nie byłem w ameryce, moje auto to nie jest kabriolet, a ja nie jestem policjantem, ani nawet czarny.

Wsiadłem więc klasycznie, przez klapę bagażnika i wdrapałem się na fotel kierowcy, po czym odpaliłem silnik. Potężne 1.6 zawarczało groźnie niczym chomik i wytoczyłem się z piskiem… przednich amortyzatorów na główną drogę. O 9 otwierają Akademicki Inkubator Przedsiębiorczości, a dziś z urlopu wraca dyrektorka. Czekałem pod drzwiami od 8:57 merdając radośnie ogonem z wywieszonym językiem.

Przyszła. „Pan do mnie?” – spytała. Rozejrzałem się, ale nie widziałem żadnych innych drzwi w zasięgu wzroku, więc przytaknąłem. Wpuściła. Rzuciła swoją torebkę na krzesło, sama usiadła na fotelu i zaproponowała, żebym usiadł. Spojrzałem niepewnie na nią, na torebkę i znów na nią. Ona spojrzała na mnie, na torebkę i zabrała ją z krzesła. Tak coś myślałem, że nie do końca to miała na myśli.

Zapytała, co mnie sprowadza. Powiedziałem, że chcę założyć firmę. Zapytała kiedy. Powiedziałem, że teraz. „W sensie, w sierpniu?” „Nie, teraz.”. Spojrzała niepewnie, zapytała, jaki jest mój pomysł. Powiedziałem jakieś losowe rzeczy o druku 3D. Powiedziała, że spoko, że możemy podpisać umowę współpracy i będę mógł wynająć biuro, ale muszę dostarczyć biznesplan.

Więc dostarczyłem. W sensie, wyjąłem z torby. Uniosła brew, ale wzięła do przeczytania. Spojrzała na pierwszą stronę, a jej mina mówiła „no, będzie grubo”. Zasugerowała, żebym w tym czasie usiadł przy jej komputerze i wypełnił internetowy formularz. No to wypełniłem. Gdzieś w tle słyszałem, jak się śmiała czytając mój biznesplan. Nie wiem, czemu, podszedłem do niego równie poważnie, jak do wszystkich tekstów, które piszę. Na koniec kliknąłem „wyślij”. Ona nic nie kliknęła, bo ten biznesplan był tak trochę na papierze.

Zadałem jeszcze parę pytań odnośnie rejestracji firmy w urzędzie, składek ZUS, rozliczania podatków, strefy 51, zabójstwa Kennedy’ego i uranu dla Czeczenów. Po ustaleniu wszystkiego uścisnęła mi rękę i obróciła mnie w stronę urzędu miasta, lekko popychając w celu nadania mi rozpędu. Niestety, wciąż byłem w jej biurze, a drzwi były po przeciwnej stronie, więc wyrżnąłem twarzą w ścianę. Pozbierałem się, naprostowałem nos i postanowiłem samodzielnie kontrolować trajektorię.

Po 40 minutach spaceru wśród wrocławskich tramwajów i motorniczych radośnie pozdrawiających mnie słowami „zejdź z szyn, debilu”, dotarłem pieszo do urzędu. Wszedłem do środka i z początku przeraził mnie tłum, ale okazało się, że to okienka do rejestracji pojazdów. A moja firma miała być bardziej firmą, a nie pojazdem, więc skierowałem się za strzałką. I za strzałką. I za strzałką. I za strzałką.

Po 20 strzałkach dotarłem na właściwy korytarz i zastałem obraz, który zrobił mi zwarcie w mózgu. Bo wiesz, stereotyp urzędu, to jedna pani Halinka gadająca z drugą i dwukilometrowa kolejka petentów na kolanach. A tu psikus. 6 okienek, wszystkie czynne i ja sam. Poczułem się jak te dziewczyny na filmach z grupą murzynów. Znaczy… w sumie to nie wiem, czy są takie filmy, ja tego nie oglądam. Rzuciłem monetą, żeby wybrać okienko, ale dotarło do mnie, że ma za mało stron. Poszedłem więc do pobliskiego kiosku po planszówkę, wziąłem z niej kość do gry i okazało się, że ma akurat dziwnym zbiegiem okoliczności 6 ścianek. Rzuciłem jeszcze raz i wybrałem.

Pani w okienku była bardzo miła, dała mi wniosek CEIDG-1, który miałem wypełnić. 4 strony. Luzik. Tak myślałem. Tylko, jak doszedłem do pytania o PKD, to okazało się, że na to się nie przygotowałem. Pobladłem. Wszystko na nic, polegnę na tym. Pani z okienka mnie pocieszyła, mówiąc, że ma ściągawkę. I wyjęła. 100 stron. Introligowane i oprawione. Sto kurwa stron z kodami PKD. Zapytałem, czy w komplecie jest może długi sznur konopny, ale nie było.

Dwa lata później skończyłem wypisywać kody, mając ich łącznie 54 i wiedząc, czym od teraz się będę zajmował. Druk 3D na zlecenie, bez zlecenia. Produkcja, dystrybucja, masturbacja. Brawurowa jazda samochodem Ford Escort. Gdy już przez to przebrnąłem, to okazało się, że muszę jeszcze wybrać zasady podatkowania. Do wyboru był podatek ogólny, ryczałtowy, liniowy, kreskowy, okrągły i trójkątny. Strzeliłem, że ogólny, bo ogólnie nie wiedziałem, o co tam chodzi.

Na koniec został już najlepszy smaczek. Gdy miałem wszystko podpisane, pani z triumfem wyjęła druczek z ZUS. Kurwa, no nie. No po prostu kurwa, no nie. Boże, czy Ty to widzisz. Komuś się word wysypał przy drukowaniu, i wydrukowali wszystkie rybryki do wypełnienia, ale żadna nie była podpisana. Ale na szczęście w gablocie był wzór z podpisanymi rubrykami. Tylko, że na dworze.

No i stoję tu, w deszczu, wilki jakieś, a oni „sorry stary”?!. Ogarnąłem. Wypełniłem. Złożyłem w okienku. Pani przyjęła, walnęła pieczątką i schowała. „To już?” – zapytałem. „Rejestruję firmę, staję się właśnie młodym przedsiębiorcą, który być może pomoże budować polską gospodarkę, i nawet nie usłyszę gratulacji? A gdzie fajerwerki? Salwa honorowa? Uścisk dłoni pana Henia, konserwatora z urzędu chociaż?”. „Klap, klask” – odpowiedziały jej zderzające się dłonie w odpowiedzi. „Gratuluję wypełnienia wniosku” – dodała z entuzjazmem niczym po zastrzyku znieczulającym prosto w policzki. No nieważne, grunt, że jest wszystko załatwione. Teraz jeszcze tylko poczekam na przydzielenie NIP, REGON i do załatwienia mam drugie wszystko, czyli wycieczkę z wnioskiem VAT-R do urzędu skarbowego i wyprawę do banku celem założenia konta.

17 sierpnia 2017

Wstaję rano z uśmiechem na ustach. Znika. Przypomniałem sobie, że jadę do urzędu skarbowego. Wiecie co jest zabawne? Nie obowiązuje mnie urząd skarbowy w mieście, gdzie rejestruję firmę, tylko w mieście, gdzie jestem zameldowany. Więc czekała mnie wyprawa do Wałbrzycha. Takie miasto z Zamkiem Książ, biedaszybami i złotym pociągiem. Przynajmniej odwiedzę rodziców.

Zrobiłem sobie na pobudzenie kawę. Podwójne espresso. Czyli chyba doppio. Ale czarna taka gorzka. Nie było mleka, więc dolałem RedBulla. Skutek przerósł moje oczekiwania, bo po 30km jazdy autostradą zorientowałem się, że zapomniałem zabrać auta.

Wpadłem do urzędu skarbowego. Znów ta sama historia. 2 girls, 1 petent. Prawie się ucieszyłem, ale w skarbówce jest ten typ kobiet, które chcą tylko moich pieniędzy. I najgorsze jest to, że nie potrzebują mojej zgody. Prawie jakbym miał żonę, tylko starają się być miłe.

Tak czy owak, musiałem zacząć od wyjaśnienia dlaczego musiałem wpisać aż 54 kody PKD. Wyjaśnienie, że były za darmo, to wziąłem, nie przeszło. „Tynkarz, murarz, akrobata” też nie. Dały mi kartkę i kazały napisać oświadczenie. Jako, że wakacje już trwają w najlepsze i nie mam żadnych kolokwiów, to okazało się, że zapomniałem, jak się trzyma długopis. Po dłuższej kontemplacji, przetestowaniu obu rąk i wersji z wyłączonym, jak i włączonym długopisem, udało mi się napisać mniej więcej, co tu się odpiernicza.

Potem pożyczyłem do zeskanowania umowę współpracy z inkubatorem i zapytałem, czy ja właściwie powinienem być płatnikiem VAT, czy nie. Zostałem odesłany do pokoju, gdzie siedziała na środku na tronie trochę starsza kobieta z wielką księgą. Myślałem, że jest medium. Ale była tylko prawnikiem.

Zapytała, czy zamierzam robić biżuterię, albo sprzedawać uran Czeczenom. Coś tam o rocznym obrocie, rozmiarze buta i wadzie wzroku. Po ustaleniu mojej grupy krwi, doszła do wniosku, że chyba jednak ten VAT będę musiał płacić. Podziękowałem, ucałowałem sygnet i wyszedłem gdy kończyła rysować krwią pentagram na panelach. Usłyszałem tylko, jak za moimi plecami zamknęła drzwi i otworzyła portal.

Cofnąłem się do głównego pokoju z milionem okienek. Dokończyłem wypełniać papiery, złożyłem przysięgę krwi, obiecałem doniesienie wszelkich umów i pudełka czekoladek w ciągu miesiąca, a następnie udałem się na parking.

Pierwszy telefon ze skarbówki dostałem już 3 minuty po wyjściu z urzędu. Okazało się, że jeszcze nie muszę płacić milionowych kar, tylko zapomniałem teczki ze wszystkimi dokumentami.

18  sierpnia 2017

Pani ze skarbówki zadzwoniła ponownie. Zapytała, czy jestem pewien, że to oświadczenie jest poprawne. Powiedziałem, że tak. W sumie, to nie wiem, o co jej chodziło. Chyba chciała tylko dać mi do zrozumienia, że mam się przyzwyczajać.

21 sierpnia 2017

Wstałem skoro świt. A raczej tak mi się zdawało, bo na zegarku była już 12. Pojechałem do AIP, żeby spisać umowę najmu. I znów – tylko mi się tak zdawało. Nie dostanę jej od ręki. Mam ją dostać w ciągu 2-3 tygodni, bo musi się podpisać pod nią kanclerz, dyrektor AIP, księgowa, rektor, korektor, pan henio portier, pani stasia sprzątaczka, ksiądz proboszcz i przedszkolanka. No ale przynajmniej pani dyrektor AIP pojechała ze mną, żebym obejrzał biuro. W sumie było jak na pierwszej randce. Mogę sobie popatrzeć, ale nie powinienem jeszcze nic dotykać.

Postanowiłem założyć konto firmowe przez internet. Oczywiście udało się wypełnić formularz, ale na koniec zobaczyłem komunikat, że nieważne, że jestem już ich klientem, i tak muszę pójść do placówki powtórzyć wszystko od nowa. No to poszedłem i powtórzyłem. I dowiedziałem się, że skoro ten adres jest jeszcze nie do końca mój, to jeszcze nie do końca mogę założyć konto.

24 sierpnia 2017

Dostałem telefon z AIP. Mogę korzystać z adresu, ale na umowę i tak jeszcze poczekam. Założyłem konto w banku. Czekajcie na ciąg dalszy, bo czuję, że będzie wesoło.

Tym razem bez zdjęć z insta.