Flyingbear P902, czyli dlaczego nie znoszę chińskich drukarek 3D

Kiedyś w dyskusji powiedziałem, że jeśli znów ktoś mi każe składać chińską drukarkę, to już prędzej wolałbym iść do Chin. Tyłem. Na kolanach. Po szkle. Słuchając Justina Biebera. Czas wyjaśnić dlaczego.

Jakoś pod koniec lutego zostałem poproszony o złożenie drukarki Flyingbear P902. „Spooooko” – powiedziałem. „Biorę to na klatę”. I to był błąd. Przyszła paczka kurierem, po czym rozpakowałem ten piękny inaczej cud chińskiej myśli technologicznej. Pierwsze co mi się rzuciło to fakt, że wszystkie śruby były wrzucone luzem do jednego woreczka strunowego. Niezależnie od rozmiaru, wymieszane totalnie. Czyli już od samego początku zapowiadała się jazda bez trzymanki. Rozpakowując szyny aluminiowe zauważyłem, że otwory są wywiercone tak beznadziejnie, jakby ktoś na oślep uderzał rozpędzoną wiertarką w stertę profili. Szukałem instrukcji montażu w pudełku, ale nie znalazłem. Znalazłem na youtube serię filmików złożeniowych, jednak były to animacje przypominające pierwsze spotkanie gimnazjalisty z blenderem. Trochę się z nich dowiedziałem, ale dużo pozostało mi do domyślania się, a niektóre kroki montażu zawierały błędy.

Zacząłem składać – najpierw mechanika do poprawek

Pierwszym krokiem było wyciągnięcie z szuflady pilników iglaków i poprawienie wszystkich wywierconych otworów, bo nie dość, że nie były trafione, to jeszcze na dodatek wszędzie wystawało „mięso”. Skręciłem klatkę z profili i zacząłem montaż osprzętu. I tu rzeczywistość chińskiej produkcji uderzyła mnie w twarz po raz kolejny. Jako osoba lubiąca wygodę przyzwyczajony jestem do nakrętek wpustowych wsuwanych na końcach, z kulką na sprężynie. Chińczycy natomiast dorzucili nakrętki, które się wkłada od góry szczeliny i przekręca, aby się zablokowały. W czym tkwi haczyk? Były źle spasowane i kręciły się o 360 stopni, więc musiałem je stabilizować przy pomocy płaskiego śrubokręta, pęsety i rzucanych podczas skręcania kurew. Do tego jeszcze smaczkiem były drukowane mocowania endstopów – mam wrażenie, że drukowała je pracująca w fabryce od trzech dni tresowana małpa, która pierwszy raz widziała na oczy drukarkę 3D, bo wydruki miały skrzywioną geometrię, złą skalę, a do tego były tak beznadziejnej jakości, że myślałem, że rozpadną się od samego mojego spojrzenia. Finalnie potraktowałem je hotairem i naciągnąłem siłą na elementy na które miały być nasunięte. Po paru godzinach walki miałem skręconą klatkę, założone wałki, łożyska, silniki i zębatki. Miłym zaskoczeniem był fakt, że cały wózek extrudera (MK8 direct) łącznie z silnikiem i głowicą wyjąłem z pudełka już zmontowane. Kinematyka troszkę skopiowana z Makerbota – silnik osi X jest na karetce, natomiast silnik osi Y przykręcony do ramy kręci dwoma wałkami, które dopiero ciągną paski osi Y.

Czas na elektronikę – krótkie przewody

To może być szok, ale do drukarki został dołączony… RAMPS 1.4! No kto by się spodziewał. O tyle dobrze, bo jakbym miał walczyć z jakimś krzaczkowym sterownikiem bez dokumentacji to chyba już by był ten etap kiedy idzie mi piana z kącików ust. Do tego Smart Controller i A4988, więc jesteśmy w domu. Zaczynam podpinać i… przewody okazały się za krótkie, żeby zamocować sterownik na dole drukarki zgodnie z zaleceniami producenta. Po krótkiej kalkulacji możliwych wyjść z tej sytuacji, postanowiłem przenieść elektronikę na środek tylnej „ściany” drukarki, bo wtedy wystarczyło przedłużyć taśmy IDE od panelu i przewody zasilające. Po dwunastu godzinach skręcania drukarki i pieczenia pizzy na zmianę (#maciejgotuje), drukarka stanęła gotowa. Pozostało „jedynie” uruchomić maszynę i przetestować czy wszystko jest ok. Och, ja naiwny.

Pierwszy start – zawieszka

Odpaliłem następnego dnia tego chińskiego potworka. I w sumie nie wiem, czego ja się po nim spodziewałem. Że włączę wydruk i ruszy od kopa? O, ja naiwny. Sterownik się odpalił, ale po próbie wejścia do ustawień jedyne co mi się udało zrobić, to momentalnie go zawiesić. Podejrzewałem jakieś śmieci z podłączonych kabelków, więc zacząłem od wypięcia wszystkiego poza zasilaniem i interfejsem. Dalej to samo. No to się zaczyna wesoło. Miałem przynajmniej pretekst do wgrania Repetiera zamiast Marlina. Po przeklikaniu się przez konfigurację, co w przypadku Repetiera jest czystą przyjemnością (link) i można to zrobić przy śniadaniu, wgrałem go na RAMPS i już ruszyło zgodnie z oczekiwaniami.

Pierwszy wydruk – stół próbuje uciec z drukarki

Puściłem wydruk testowy z karty i… Stół zaczął tańczyć breakdance razem z głowicą. Widywałem już bardzo niestabilne konstrukcje Z-stage, ale ta wygrywa wszystkie konkurencje. Jeśli chodzi o sztywność, to najlepszym określeniem tu będzie chyba „miota nim jak szatan”. Wszystko skręcone do granic możliwości, ale cały stół opiera się jedynie na dwóch kątownikach i kawałku blaszki. W zasadzie nie miałem zbytnio pomysłu jak to usztywnić nie narażając właściciela drukarki na duże koszty, więc w ruch poszły duże trytyki i napiąłem platformę po przekątnych tak mocno, że aż jęknęła. Dalej była mało stabilna, ale już w mniejszym stopniu. Dodatkowo wywaliłem z platformy taśmę malarską i nałożyłem szybę, bo oryginalnie nie było. Standardowo prysnąłem Dimafix i jazda.

Podejście drugie – layer shifting

Wydruk ruszył już bez wyrywania stołu z korzeniami, natomiast po paru minutach pojawił się inny problem. Drukarka zaczęła losowo przesuwać warstwy w osi X. Standardowa procedura w takiej sytuacji – wymieniłem kartę SD na sformatowaną. I nic. Lecimy dalej – sprawdziłem temperaturę stepsticka, nakleiłem na wszystkie stepsticki radiatory, podkręciłem prąd. Dalej nic. Podkręciłem prąd na maksa, pilnując temperatury silnika spróbowałem po raz kolejny. Wciąż nic. Korzystając z super możliwości konfiguracyjnych repetiera przepatchowałem wyjście silnika krokowego na RAMPS – zamiast wykorzystywać kanał osi X, wykorzystałem kanał osi E1, czyli dodatkowego ekstrudera, który nie był wykorzystany. Bingo! Trefny sterownik. Po tych wszystkich przygodach i paru drobniejszych udało się uzyskać idealną kostkę, idealny walec i idealne stożki kalibracyjne retrakcji. Drukarka gotowa.

Podsumowanie

Jeśli jesteś pasjonatem majsterkowiczem, który nie ma zbyt wypchanego portfela i chcesz sobie podłubać przy składaniu natrafiając na różne problemy wymagające improwizacji, to możesz spróbować swoich sił z tą maszyną. Jeśli Twoje najbardziej hardkorowe spotkanie z techniką w życiu to skręcenie mebli z IKEI – odpuść tę maszynę, szkoda nerwów. Kup w podobnej cenie kit do Prusy i3 i zacznij od tego. Jeśli jesteś profesjonalistą i oczekujesz drukarki z powtarzalnymi rezultatami i bezstresową obsługą – nie oszczędzaj. Kup jakiś gotowy produkt, najlepiej z polskim wsparciem. Zortrax, ZMorph, Atmat, PrintO… Dla każdego znajdzie się coś zależnie od potrzeb. A jeśli masz problem z wyborem, złożeniem, bądź konfiguracją drukarki – możesz napisać do mnie maila (kontakt@maciejdrukuje.pl).

Niedługo skończę walczyć z JennyPrinter Z360 (chiński klon Ultimakera 2+ Extended) i wrzucę drugą część hejtu na chińskie drukarki. Na razie zdradzę jedno – jej też nie kupujcie, jeśli nie macie europalety waleriany wymieszanej z melisą w pokoju.

Ready, steady, go! #flyingbear #3dprinting #3dprinter #assembly #maciejdrukujepl

Post udostępniony przez Maciej Mosak (@mosi2323)

Almost done. Wiring time! #flyingbear #3dprinting #3dprinter #assembly #maciejdrukujepl

Post udostępniony przez Maciej Mosak (@mosi2323)

Dłubiemy. #flyingbear #3dprinting #3dprinter #3dtuning #maciejdrukujepl

Post udostępniony przez Maciej Mosak (@mosi2323)