W życiu powinieneś sobie zadać jedno ważne pytanie.

„Co lubię w życiu robić” – a potem zacząć to robić. Ta delikatnie ocenzurowana wypowiedź Laski z kultowego filmu „Chłopaki nie płaczą” doskonale odzwierciedla moje podejście.

Doskonale pamiętam, co odpowiedziałem, gdy miałem 6 lat i wychowawczyni w zerówce pytała wszystkich, kim chcieli by zostać jak dorosną. „Dyrektorem” – powiedział bez zastanowienia mały Maciuś. No dobra, nie tak mały, bo zawsze byłem wyrośnięty jak na swój wiek. Może zainspirowałem się wtedy innym kultowym filmem – „Poszukiwany, poszukiwana”, gdzie pada kwestia „Mój mąż z zawodu jest dyrektorem”, ale wiem, że właśnie tego oczekiwałem od życia. Zawsze wykazywałem się skłonnościami przywódczymi (skłonnościami na pewno, a czy zdolnościami, to już trudniej ocenić). Pełno pomysłów, chęć działania, nienawiść do ograniczeń. Już wtedy wiedziałem, że to by było to, czego chcę. Ale nie umiałem odpowiedzieć, czego chcę być dyrektorem.

Gdy miałem niewiele więcej, bo 9 lat, to pytanie coraz częściej mi zadawano, jednak odpowiedź była już trochę inna. Mówiłem każdemu, że chciałbym być wynalazcą. Siedzieć całymi dniami w warsztacie, ‚wynajdować’ różne rzeczy i dostawać za to pieniądze.

Zawdzięczam to chyba temu, że młodszy brat mojej mamy, Krzysiek, który był dla mnie 17 lat starszym wujkiem i bardzo często się mną zajmował, uczęszczał do technikum, jako mechanik samochodowy, więc często widziałem jak naprawia różne rzeczy. Brał mnie ze sobą do garażu, siadałem na betonowej, nieco pofatygowanej podłodze i obserwowałem jak samodzielnie, bez żadnych większych narzędzi wyciąga skrzynię biegów z auta, rozbiera silnik na części pierwsze, bądź spawa nowy błotnik. Byłem zawsze zachwycony jego umiejętnością robienia czegoś z niczego, bo w zasadzie całe zaplecze warsztatowe ograniczało się do kompletu kluczy, imadła, młotka, gumówki i wiertarki. Narzędzia też mnie fascynowały od zawsze. Poza mechaniką samochodową, jego pasją była gra na gitarze. Potrafił grać całymi dniami, a jako, że mieszkaliśmy razem, siedziałem przy nim niczym zahipnotyzowany i wpatrywałem się w niego jak w obrazek.

Pamiętam do dziś zapach topionej kalafonii unoszący się w powietrzu, gdy lutował przewody od nowych przetworników, a ja stałem obok i podawałem mu cynę.

Dlatego, gdy miałem te 6 lat i mama zapytała mnie, gdzie chcę iść do szkoły, bez wahania odpowiedziałem, że chcę iść do szkoły muzycznej, żeby grać na gitarze jak wujek Krzysiek. Więc mama zapisała mnie do szkoły muzycznej, jednak na egzaminach wstępnych komisja stwierdziła, że bardziej nadaję się na wiolonczelę i spędziłem 6 lat mojego dziedziństwa ucząc się grać na wiolonczeli. Po latach zacząłem naprawdę doceniać fakt, że moi rodzice już od wczesnych lat pozwalali mi decydować o sobie. Oczywiście w rozsądnych granicach. Sam wybrałem sobie podstawówkę (szkoła muzyczna), szkołę średnią i profil (mat-fiz), uczelnię i kierunek (w sumie od zawsze wiedziałem, że pójdę na Politechnikę Wrocławską i było to dla mnie czymś tak oczywistym jak to, że woda jest mokra). Rodzice doceniali to, że mam własny plan i o ile nie był szczególnie głupi, to po prostu go akceptowali. Pamiętam, jak mając 18 lat zacząłem myśleć nad odpuszczeniem studiów i rozpoczęciem pracy jak najwcześniej. Pamiętam, że ojciec skomentował to krótko „Jesteś dorosły, decydujesz sam. Ja się wtrącać nie będę, ale jak sobie spieprzysz życie, to Twoja sprawa”. Nie zabronił mi, nie namawiał na studia. Ale dał mi w prosty sposób do zrozumienia, że to nie jest dobry pomysł. Uświadomił mi, że jestem odpowiedzialny za swoje decyzje, a mogą one wpłynąć na całą moją przyszłość.

Związanie się z muzyką miało wpływ na moje dalsze życie, bo w wieku 15 lat zacząłem się zajmować nagłośnieniem i była to moja pierwsza praca. I w zasadzie jestem powiązany z branżą audio do dziś, co pozwala mi w dużej części finansować zabawy z drukarkami (ostatnio, gdy rozmawiałem z kimś odnośnie moich ‚zabawek’ usłyszałem komentarz „Ty pewnie jesteś z bogatej rodziny” – otóż nie, na prawie cały sprzęt zarobiłem sam. Owszem, rodzice czasem dorzucą mi się do kolejnego zakupu, jednak staram się nie być dla nich ciężarem).

Inną osobą, która mogła mieć na mnie wpływ w dzieciństwie, był wuj Eugeniusz – starszy brat mojej babci, z zawodu elektryk, od kiedy pamiętam dawał mi w prezencie narzędzia (śrubokręty, kombinerki…) i pokazywał różne mechanizmy. Gdy miałem 4 lata, sadzał mnie przy stole, dawał stare radio, śrubokręt, kombinerki i mówił tylko „Masz, nie działa, napraw”. Może mało odpowiedzialne, ale prawdziwe narzędzia zamiast zestawów zabawkowych „mój pierwszy warsztat” były dla mnie skarbem. A zawsze byłem pod czujnym okiem osób dorosłych. Po jakimś czasie cała rodzina znosiła mi różne sprzęty „do naprawienia” i szuflada pod tapczanem w moim pokoju była wypełniona po brzegi rozebranymi do połowy żelazkami, telefonami, radiami, zegarkami i czym tylko się dało. Była nawet pompa ciepła i kran z kuchni. Dzięki temu mając 10 lat z kawałka kabla od słuchawek, deski, głośników samochodowych i odtwarzacza mp3 zrobiłem prostego boomboxa, a 3 lata później kupiłem wyrzynarkę, zaciski stolarskie, trochę sklejki, bejcę, wikol i robiłem drewniane szkatułki, żeby zdobyć środki na kolejne narzędzia.

W gimnazjum pojawiły się kolejne dwie osoby, które wpłynęły na moje dalsze losy – Kuba i Paweł, moi rówieśnicy, którzy namówili mnie na wstąpienie do szkolnego koła robotyki razem z drugim Kubą. Okazało się niestety, że jak do niego wstąpiliśmy, to poprzedni członkowie zdążyli się zwinąć, zostawiając nam pustą salę i opiekuna, więc Kuba przejął inicjatywę i zaczął wyszukiwać materiały, a my je od niego przechwytywaliśmy. Padło hasło „budujemy minisumo” i budowaliśmy. Przez 2 lata. Coraz lepsze. Kuba został wicemistrzem Polski na zawodach Robotic Arena, a reszta poodpadała w ćwierćfinałach, ale to i tak było dla nas duże osiągnięcie, jak na 17-latków z liceum ogólnokształcącego konkurujących ze studentami uczelni technicznych z całej Polski.

Budując te roboty byliśmy aktywnymi użytkownikami forum robotyków, gdzie w pewnym momencie zaczął się przewijać temat drukarek 3D. Zainteresowałem się tematem i postanowiłem kupić drukarkę. Odłożyłem na nią wszelkie oszczędności i tuż po 18 urodzinach kupiłem ją sobie jako prezent dla samego siebie. Nie wiedziałem wtedy nic o druku, wszystkiego się uczyłem metodą prób i błędów, lub szukając informacji w sieci. Po jakimś czasie zacząłem robić drobne wydruki za symboliczną opłatę, szkolić się, testować nowe rozwiązania, udzielać się na branżowych forach i grupach, poznawać ludzi, wymieniać się wiedzą.

Stałem się studentem Politechniki Wrocławskiej, wygrywając loterię wydziałową – trafiłem na wydział, na którym praktycznie każdy wykładowca jest życzliwy dla studentów robiących coś więcej niż minimum. Nie mam problemu, jeśli chcę przyjść do jakiegokolwiek profesora i dowiedzieć się czegoś więcej na temat, który mnie interesuje. Niektórzy z nich dzielą się nie tylko wiedzą naukową, ale i życiową. I jest to bardzo cenna wiedza.

Mam 20 lat, znam producentów sprzętu, producentów materiału, sprzedawców, użytkowników, projektantów. Jestem częścią tej społeczności, a druk 3D to moje życie. W coraz większym stopniu staje się dla mnie źródłem dochodów, a ja zaczynam rozwijać moje pomysły, i być może za jakiś czas otworzę własną firmę i stanę się z zawodu dyrektorem. Na razie zbieram wiedzę, szykuję projekty, uczę się przepisów. To przygotowanie trwa, a ja angażuję się w to pełną piersią. Wynalazcą, w pewnym stopniu, już jestem.

Ten tekst nie oznacza, że każdy powinien zająć się majsterkowaniem i drukiem 3D. Chciałem uświadomić, że jeśli jest coś, co sprawia nam wielką przyjemność, to nie powinniśmy tego porzucać dla kariery. Powinniśmy zbudować karierę właśnie na tym. To mały apel do każdego, kto ma jakiekolwiek pasje, aby rozwijał je, bo mogą one zaowocować. Czy to malarstwo, historia, mechanika, czy sadownictwo. I mały apel dla rodziców, aby nie próbowali robić ze swojego syna prawnika, jeśli lubi podłubać przy samochodzie, ani inżyniera, jeśli jest zainteresowany medycyną. Znam wiele osób, które zostały przez rodziców zmuszone do takich, a nie innych studiów – studiują bez entuzjazmu, nie potrafiąc się postawić rodzicom, którzy na siłę ich posłali na uczelnię. Za parę lat, równie bez entuzjazmu znajdą byle jaką pracę w zawodzie. Albo nawet nie w zawodzie. Zarobią byle jakie pieniądze, też bez entuzjazmu… A przecież kiedyś kochali coś zupełnie innego i mogli się temu oddać.

Nazywam się Maciej i robię w życiu to co lubię. I jestem dzięki temu cholernie szczęśliwy.

PS – 9 miesięcy po napisaniu tego tekstu, w sierpniu 2017 urodziłem dziecko. Nazywa się Printerspace.pl i możecie poczytać o tym, jak stałem się przedsiębiorcą.

One day later… #minisumo #robotics #pocospać #electronics #diy #pololu #sharp #atmel #atmega #programming #wiring #polishboy

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Maciej Mosak (@mosi2323)

A tak właśnie wyglądał mój robot minisumo.