Well, that escalated quickly…

Znasz to uczucie, kiedy jednego dnia kupujesz z ciekawości najtańszą drukarkę 3D i 100g filamentu, żeby spróbować z czym to się je, a drugiego dnia sprzedajesz dom, żeby kupić czterdziestą drukarkę i 10 ton filamentu? Ja boję się, że jestem blisko. Właśnie przesyłałem koledze zdjęcia moich stanowisk pracy z różnych okresów czasu, spojrzałem na nie i uświadomiłem sobie, że przez te 123 tygodnie się wydarzyło. A właściwie 140, bo drukarkę kupiłem w marcu 2014, a zdjęcie wykonałem w lipcu.

Pierwsza moja drukarka. RepRap Prusa i2 kupiony na allegro od studenciaków za 1800zł. Nie było w zestawie nic poza kilkoma kawałkami filamentów 2,85mm. Nie miał interfejsu, sterowanie było z komputera. Nie było wtedy Dimafixu, używałem soku ABS. Do tej pory pamiętam bóle głowy od siedzenia w oparach. I pamiętam tragedię, jaka się wiązała z odpakowaniem paczki jak przyszedł – chłopaki słabo zabezpieczyli drukarkę i w transporcie pękła szyba, sprzęgło osi Z i parę innych pierdół. Po latach doceniam nawet tę konstrukcję, bo mimo, że parę rzeczy było zrobione na odpier… znaczy byle jak. Zwłaszcza wiązki przewodów (o ile zrobili cable chain, to już prowadzenie kabli na górę trochę wyglądało biednie…). Pamiętam pierwszy (oczywiście nieudany) wydruk, pierwszy względnie udany wydruk, pierwszą zatkaną dyszę (wtedy był to j-head i jedyne rozwiązanie to wymiana całego hotendu – do tej pory nie mogę przeboleć tamtych 200zł). Pierwsze eksperymenty z różnymi filamentami. Pierwsze spotkanie z programem Pronterface (wtedy to był kosmos, dziś odszedł w zapomnienie) i nieśmiertelnym Slic3rem. Rok później, bo też w marcu, rozebrałem drukarkę na części pierwsze, siedząc z lutownicą, oplotem, trytkami i termokurczami zrobiłem całkowicie nowe wiązki przewodów, puściłem je ślicznie, dopieściłem całą konstrukcję i pogoniłem za 1000zł kolejnym adeptom sztuki druku 3D, jednak dołączając zapasową szybę, 2x 0,3kg filamentu (ABS i PLA) do testów, obszerną instrukcję, presety do programów, butelkę soku ABS, rolkę niebieskiej taśmy i rolkę kaptonu, bo ucząc się na własnym doświadczeniu, uznałem, że nie mogę traktować kogoś tak, jak sam nie chciałbym zostać potraktowany jako początkujący – dałem im wszystko, żeby mogli bezproblemowo zacząć tę przygodę. I kurwa żałuję. Może stałem się wtedy bogatszy o 1000zł (co wydałem od razu na filamenty do kupionego miesiąc wcześniej vertexa), ale do tej pory brakuje mi tej drukarki. Była pełna wad, drukowała gorzej niż średnio, ale wiążę z nią tak wiele wspomnień, że jeśli znalazłbym kontakt do tamtych ludzi, odkupiłbym ją bez wahania i postawił na półce żeby patrzeć na nią codziennie podczas pracy przy nowych konstrukcjach.

Na drugim foto pojawiają się kolejne drukarki – po środku jest Velleman Vertex (k8400), kupiony przeze mnie w lutym 2015 – sprawiłem sam sobie przedwczesny prezent urodzinowy. To była pierwsza drukarka którą samodzielnie złożyłem (27 godzin bez przerwy, z wkrętarką, grzechotką, zestawem imbusów, kluczy, kawą, trzema redbullami, tubką kropelki, kupionymi na szybko szczypcami do pierścieni osadczych i buteleczką oleju silikonowego – polecam, świetna zabawa, aczkolwiek podczas testowego rozruchu smok siedzący na biurku próbował mi wmówić, że mam halucynacje). Pierwsze przygody z filamentem 1,75. Pierwszy ekstruder typu bowden (a nawet pierwsze dwa). Pierwsza konstrukcja zamknięta (oparta na Ultimakerze Originalu). Pierwsze druki bez grzanego stołu. Po jakimś czasie zamontowałem w niej grzany stół, dołożyłem mocniejszy zasilacz, zwiększyłem prześwit pod elektroniką, poprawiłem chłodzenie, wymieniłem przewody od grzałek… Tę drukarkę mam do dziś, jednak prawdopodobnie za parę dni zmieni właściciela. Chcę dopieścić ją do granic możliwości, dorzucić solidny zapas filamentu, puszkę Dimafixu, szpachelkę do wydruków, pełny pakiet presetów i zawędruje do jednego z moich wykładowców (pozdrowienia doktorze, wiem, że Pan to czyta 😀 ). Może jak mnie znów ruszy sentyment, to przynajmniej będę mógł wpaść do niego na piwo i rzucić na nią okiem, żeby się upewnić, że jest w dobrych rękach.
W okresie tuż po kupieniu tej drukarki, w moim środowisku panowała dyskusja czy lepsza jest drukarka Velleman Vertex, czy 3Novatica Gate. Oczywiście właściciele Vertexów bronili Vertexa, a właściciele Gate bronili Gate. Jakie jest najprostsze rozwiązanie? Drukarka po lewej na drugim zdjęciu to oczywiście 3Novatica Gate, którą kupiłem od mojego kolegi – Damiana ‚Trekera’ Szymańskiego – właściciela i administratora portalu Forbot.pl, na którym to właśnie trwała ta debata. Drukarka ta ma kilka wad, których poprawienie odkładam na później w nieskończoność (z-wobbling, obudowanie interfejsu, poziomowanie stołu), ale od ponad roku dzielnie pracuje jako mój wół roboczy. Okazało się, że nie da się rozstrzygnąć wyniku pojedynku Gate vs. Vertex, bo są to dwie, całkowicie odmienne konstrukcje (o czym możecie wyczytać w jednym z wcześniejszych tekstów). Na tej drukarce udało mi się po raz pierwszy wydrukować coś z gumy – gdy piszę ten tekst, drukarka właśnie mieli kolejne kilogramy gumy od Barrusa i Spectrum robiąc opony do łazika (doprawdy, dostałem iście kosmiczne zlecenie wydruku).
Drukarka po prawej, to Vertex zbudowany dla mojego kolegi, ponieważ kupił kit, a ja zaproponowałem, że pomogę mu go złożyć, wiedząc już na co zwrócić uwagę (i był to drugi z pięciu Vertexów jakie do tej pory zbudowałem, za każdym razem poprawiając konstrukcję o znane mi już modyfikacje).

Trzecie zdjęcie pojawiło się tu niedawno. Jest Gate, jest Vertex, jest… Prusa i2? Jak to?
Otóż, gdy nostalgia odnośnie tej konstrukcji latała po mojej głowie jak szalona, a kolega zaproponował mi sprzedaż takiej właśnie (pozdrawiam kolegę), to bez wahania poszedłem do bankomatu i wymieniłem gotówkę na moje kochane dziecko. Tym razem, mając już trochę doświadczenia, wybebeszyłem pół drukarki (była trochę zapuszczona), wymieniłem elektronikę, zamontowałem sterownik, dodałem nóżki, standardowo już dla mnie wymieniłem wiązki przewodów… Ale to już nie jest ta sama drukarka. Nie pokocham jej tak jak kochałem pierwszą Prusę. Więc postanowiłem odpicować ją najlepiej jak potrafię, dorzucić standardowy pakiet początkującego (zapas filamentu, Dimafix, szpachelka, presety, zapętlić) i oddać je w ręce fanatyka dronów (Ciebie też pozdrawiam).
Jest też w lewym dolnym rogu Ultimaker Original, którego poznałem przez Dni Druku 3D 2016 w Warszawie. A właściwie poznałem jego właściciela, Bartka Kusika (jak już pozdrawiam, to jego szczególnie), właściciela ink3.de, z którym zacząłem współpracować ostatnimi czasy. Ulti przyjeżdżał do mnie 3 razy. Za pierwszym razem był w opłakanym stanie, na wpół rozebrany, nic nie działało jak powinno, części było jednocześnie za dużo i za mało, żeby go poskładać do kupy. Przełożyłem w nim panel, żeby można było założyć plexę, zamontowałem ładnie oświetlenie dla klimatu (IKEA Dioder, polecam), wymieniłem termoparę, wzmacniacz termopary, mosfet na płytce, parę innych rzeczy, poprawiłem firmware, potestowałem i zawiozłem pociągiem do Poznania, przy okazji odwiedzając prawdziwą fabrykę filamentu. Za drugim razem Ulti wrócił do mnie, bo okazało się, że po naprawie odpaliłem go na miejscu, popracował chwilę i znów termopara siadła. Mimo, że testowałem go drukując przez parę dni. Zdenerwowałem się i wywaliłem termoparę zastępując ją stabilniejszym rozwiązaniem – wstawiłem stary, sprawdzony termistor NTC 100k, wlutowałem brakujące złącze i rezystor na płycie głównej, podmieniłem firmware i śmigał. Wrócił do Poznania, po czym dostaję na fejsie filmik z drukarką, która gaśnie jak się próbuje włączyć grzanie. Powiedziałem krótko „zrobiło Ci się zwarcie na grzałce w transporcie, popraw przewody i będzie dobrze”. Stwierdził, że on ma lepszą drukarkę, a do tej nie ma nerwów, więc czas się jej pozbyć. Parę dni później wiozłem ją pociągiem z Poznania do Wrocławia i tym razem była to dla niej podróż w jedną stronę.
W prawym górnym rogu czają się moje dwie rozkminki – Rostock Mini i Rostock Mini Pro. Walczę z tymi konstrukcjami już od dawna, bo teoretycznie były gotowe prawie od razu, ale co chwilę coś w nich poprawiam ucząc się na nich pracy z deltami, ich kinematyki oraz tego, na co trzeba zwrócić przy nich uwagę. Są to pierwsze konstrukcje, które kompletowałem sam – eksperymentowałem z różnymi silnikami, z różnymi ekstruderami, różnymi platformami roboczymi, różnymi materiałami ramy, różnymi główkami cięgien, elektroniką, zasilaczami… Chcę, żeby ta konstrukcja sama w sobie była na tyle dopracowana, żeby nie trzeba było jej później modyfikować. A w skrzynkach po lewej są części do budowy kolejnych 8 Rostocków, jak już dopracuję projekt.

Na dziś to tyle. Ciekaw jestem, co będzie za rok.