„Ludzie, pali się!”

Jak ja się czasem cieszę, że lubię pracować po nocach.
Godzina 4:14 w nocy. Siedzę i przerabiam ATX do delty. Drukarki wyjątkowo nie pracują, więc ciszę przerywa sączący się delikatnie smooth jazz z laptopa. I krzyk.
Krzyk? Szybko wytężam słuch, ale nie jestem w stanie zrozumieć. Wydaje mi się, że słyszę „ludzie, pomocy!”, ale nie wiem o co chodzi, więc wybiegam z pałką teleskopową jako ewentualnym asystentem konfrontacji na korytarz. A raczej próbuję wybiec, bo po otwarciu drzwi widzę dym na korytarzu. Wiem już, że to wcale nie było „ludzie, pomocy!”, tylko „ludzie, pali się!”. Wpadam szybko do mieszkania i chwytam portfel i laptopa. Straciłem jakieś 10 sekund na to, ale wiem, że jeśli one zginą, to będę w dupie. Dwie najważniejsze rzeczy. Portfel i laptop. Wszystkie dokumenty, dane, moja tożsamość i dorobek.
Godzina 4:16. Zbiegam po schodach i zauważam, że w budynku wciąż jest światło. Awaryjne oświetlenie jeszcze nie ruszyło, zasilania nie odcięli. Wybiegam z bramy i widzę, że ktoś tu zaczął imprezę beze mnie. Strażacy już są, właśnie udało im się sforsować zabezpieczenia osiedla i rozwijają węże. Czyli dostali informacje o pożarze przynajmniej parę minut wcześniej. Tylko dlaczego ja nie dostałem? W budynku jest system alarmu przeciwpożarowego, okienka do zbicia, syreny i cały ten szajs. Nikt tego nawet nie ruszył, mimo, że wiele osób wybiegło z budynku.
Płonie balkon. Styropianowe docieplenie i drewniany parkiet wspaniale chwyciły ogień. Czuję się jak na hardorowym rozpalaniu grilla. Balkon po drugiej stronie budynku, po drugiej stronie klatki schodowej. Daleko. Strażacy próbują dowiedzieć się, jak dojść na ten balkon, do tego mieszkania. Nikt nie wie. Straż nie dysponuje planami dopiero co wybudowanego osiedla, portier też nie ma. Ktoś rzucił hasło, że klatka 33. Oni biegną, a ja wyjmuję telefon.
Godzina 4:18. Dzwonię do współlokatora. Odbiera zaspany, a ja rzucam tylko „Dom się pali. Masz jakieś ważne dokumenty?”. „Nie.” – odpowiada, po czym się rozłączam. Chyba nawet nie dotarło do niego co się stało, bo nie dzwonił do mnie już. Poszedł pewnie dalej spać. Ja wbiegam do mieszkania, wiedząc, że mam chwilę. Porywam średniej wielkości pudło, wysypuję z niego wszystko na podłogę i wrzucam to co najistotniejsze. Czas. Czas się liczy. Może nie sekundy, ale nie mogę tu spędzić za wiele. Robię szybki rachunek, co jest ważne i dość łatwe do zabrania. W pudle lądują teczki z dokumentami, laptop, portfel, projektor. Tylko tyle i aż tyle.
Patrzę na drukarki. Są za duże. Nic innego cennego w mieszkaniu nie ma, więc chwytam pudło i wybiegam ponownie na dół. Dziękuję w myślach sam sobie, że trzymam auto niedaleko.
Godzina 4:30. Wsiadam do auta, kładę pudło na fotelu obok, odpalam silnik, żeby się rozgrzać. Wrzucam zdjęcie do sieci. Zastanawiam się, co właściwie się wydarzyło. Zaczynam analizować ile błędów popełniłem działając w kompletnym szoku. W sumie jeszcze nigdy nie byłem w płonącym budynku. Zaczynam się zastanawiać, jak głupie było wrócenie po rzeczy. Czy moje oszacowanie bezpieczeństwa było wystarczające, żeby zaryzykować poważne konsekwencje dla uratowania odrobiny papierów. Każdy dokument tożsamości można wyrobić od nowa. Każdy projekt można stworzyć jeszcze raz. Dobra materialne? Pieniądze nie są nic warte, można to odpracować.
Godzina 4:50. Otwieram laptopa i piszę ten tekst…

Lol, dom mi się pali.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Maciej Mosak (@mosi2323)